Czego chce Bóg? - czyli o cywilizacji i religii

Czego chce Bóg? - czyli o cywilizacji i religii

Postautor: Elie » 25 maja 2013, 04:26

Bardzo lubię czytać felietony Wojciecha Jóżwiaka z Taraki. Potrafi ując w słowa to, czego ja niestety nie potrafię a miewam przedziwne przemyślenia odnośnie Boga i jego istoty. Roli jaką spełania w naszymświecie,życiu.
Oto jeden z nich.
Kod: Zaznacz cały
Do napisania natchnął mnie artykuł Stanisława Michalkiewicza pt. „Zapis agonii”. Agonii czyjej? Cywilizacji łacińskiej wraz z Kościołem katolickim a może i całym chrześcijaństwem. Autor widzi tej agonii symptomy, których streszczać nie będę, link jest, lepiej przeczytać oryginał. Ciekawe, że Autor wychodzi od opinii (Warrena H. Carrolla), że historią „dyskretnie” kieruje Bóg, więc to On najwyraźniej Chce, żeby jego dotychczas umiłowane dzieła, cywilizacja łacińska i Kościół Rzymskokatolicki, upadły.
Pominę, czy to Bóg, skoro Go nie widać, a co jedni mają za Jego działa, inni te same fakty tłumaczą całkiem inaczej. Pominę też, czy ten Bóg, który steruje historią, jest tym Superbogiem, który to wszystko zmajstrował (jak u Leśmiana, według Bajdały – Dusiołka), czy może tylko lokalnym bóstwem naszej planety, albo tylko bóstwem trzymającym władzę nad cywilizacją; i czy jest tożsamy z Jehową żydowskim, bo gdyby był (czego Kościół nie neguje), to już jeden precedens był, kiedy opuścił swój lud i dzieło i przerzucił swój „fawor” na inną formację, mianowicie chrześcijaństwo pospołu z Europą. Co do „Boga”, to traktuję Go jako ćwiczenie myślowe. Sam lubię sobie wyobrażać, że kontynenty i ich krainy nie powstały same przypadkiem z siebie, tylko Ktoś je zaprojektował i zrobił, bo takie przypuszczenie pozwala lepiej uchwycić ukrytą logikę geograficznych formacji. Więc nie dziwi mnie, że inni autorzy mogą przez podobny trick badać historię w poszukiwaniu jej ukrytych logik. Prócz tego, to co znajdziemy może nie być „zupą z gwoździa” czyli próżną projekcją intelektu wprawionego od czasów gonienia antylop w wyszukiwanie regularności („Czy ten wzór plam to tylko przypadkowe cienie czy cętki kryjącej się pod akacją antylopy mniam mniam?”), bo jednak może być całkiem solidnym atraktorem albo polem morficznym, nadającym strukturę holonowi składowemu, którego quasi-chaotyczne fragmenty jako bitwy i spiski nam się oto jawią. Tak to teologia, gdy traktować ją als ob, służy – jak ta ancilla – inkwizycji czyli wnikaniu w rzecz(ywistość).
W myśl wizji, którą przedstawia Michalkiewicz, Bóg sterując historycznym procesem „wyprodukował” doskonałą cywilizację – cywilizację łacińską, opartą na doskonałej religii nie tylko chrześcijańskiej, ale i rzymskokatolickiej, po czym w czasach najnowszych najwyraźniej przestał obu sprzyjać, bo cywilizacja Europy upada, rzymski katolicyzm zatruty przez II sobór watykański obsuwa się w zaspokajanie ludzkich zachcianek, a głowę podnosi jawnie zwycięskie lewactwo, wsparte i hodowane przez przedstawicieli tamtego kiedyś wybranego narodu.
Nie jest dobrze, ale pójdźmy za tą myślą. Skoro jak powiedziano, ginie zarówno cywilizacja, jak i religia, to w ostateczności, którą ratować? Cywilizację. Z prostego powodu: bo cywilizacja łacińska (a) nie jest „religijna” w sensie takim, jaki nadał ojciec tej koncepcji Feliks Koneczny (nie jest „religijna” – inaczej niż cywilizacje żydowska lub bramińska); (b) w ramach tej cywilizacji, pod jej skrzydłami, prosperować mogą różne religie, różne kościoły, więc i ulubiony Boga rzymski katolicyzm też się przytuli. Cywilizacja łacińska, jak ustalił Koneczny, a Michalkiewicz w tym artykule przypomina, „wspiera się na trzech filarach: greckim stosunku do prawdy, zasadach prawa rzymskiego i etyce chrześcijańskiej, jako podstawie systemu prawnego.” – Więc na chrześcijańskiej etyce, nie na religii „ze wszystkim”. Powstają tu dwa pytania, pierwsze najpierw: Czy można tak przeformułować chrześcijańską etykę, żeby niejako sama na sobie spoczywała, nie domagając się podpórki w postaci chrześcijańskiej religii? Czy niezależna etyka nie jest wystarczająco dobra?
Drugie pytanie: czy to „porzucenie katolicyzmu przez Boga” (aż strach tymi słowy streszczać myśl Stanisława Michalkiewicza, ale przecież taki jest sens jego tekstu...) nie oznacza, że oto ów Bóg szykuje pole pod swoje kolejne ulubione dzieło, jakąś nową religię albo odmianę już istniejącej? Czy w tym, co się dzieje, widać gołą rozsypkę i dekompozycję, czy może jednak jakieś pozytywne budowanie? Mnie wydaje się, że po religiach skupionych na bogach (pominę ich liczbę, czy Wielu, Dwóch, Jeden albo Jeden w Trójcy) przychodzą religie, które dla wyznawców tamtych religiami nawet nie są, ponieważ skupiają się czymś w tamtych religiach spychanym na drugi lub n-ty plan – więc na praktyce z umysłem, czyli na jodze, która cittavrtti nirodhah.
Co ma jeszcze jeden wymiar, mianowicie najwyższy czas, żeby jogini, buddyści i szamaniści wraz z poganami wzięli odpowiedzialność za łacińską cywilizację, skoro chrześcijan Bóg opuszcza.

Wojciech Jóźwiak



Zapis agonii

Artykuł • miesięcznik „Opcja na prawo” • 20 maja 2013

Warren H. Carroll w swojej „Historii chrześcijaństwa” przedstawia niezwykle interesujące spojrzenie na proces dziejowy. Wbrew postępactwu, które od swoich cadyków ma surowo zakazane dawanie wiary teoriom spiskowym wiadomo, że historia jest niekończącą się opowieścią o spiskach, które albo się udały, albo nie. Oryginalność podejścia Warrena H. Carrolla polega na tym, że te wszystkie spiski, mniejsza o to - udane, czy nie, są jedynie fragmentami spisku szerszego, którego autorem jest Bóg. Dyskretnie sterując procesem dziejowym, z wolna zmierza do celu, którego nawet nie możemy się domyślać.

I tak na przykład Aleksander Macedoński stworzył swoje imperium, które go nie przeżyło. Czyżby tyle energii miało pójść na marne? W żadnym wypadku - przekonuje nas Carroll. - Aleksander Macedoński - oczywiście „bez swojej wiedzy i zgody” - był tylko rodzajem pługa, którym Bóg uprawił kawał ziemi pod przyszły zasiew chrześcijaństwa. Wprawdzie imperium Aleksandra Macedońskiego nie przeżyło swego twórcy, ale przecież nie wszystko umarło. Trwałym jego śladem był język grecki, który dzięki temu imperium upowszechnił się na sporym obszarze ówczesnego świata. Nie tylko język - ale i filozofia w tym języku stworzona. Arystoteles - bo przecież to właśnie on był preceptorem młodego Aleksandra. Nie była to filozofia w dzisiejszym rozumieniu tego słowa - to znaczy - pretensjonalne opowieści o własnych urojeniach czy obsesjach, tylko synteza ówczesnej wiedzy. Dzisiaj taka synteza nie jest oczywiście możliwa, toteż w odróżnieniu od nauk matematyczno- przyrodniczych, które wykonały olbrzymi postęp, filozofia drepcze w miejscu, pokrywając ubóstwo, a prawdę mówiąc - brak dokonań - „organizacyjną krzątaniną” po której pozostaną zwały makulatury.

Upowszechnienie tedy na sporym obszarze ówczesnego świata nie tylko języka greckiego, ale również - greckiej filozofii, przygotowało grunt pod zasiew chrześcijański. Chrześcijaństwo, chociaż ma korzenie żydowskie, przecież ruszyło na podbój świata dopiero wtedy, gdy od tych żydowskich korzeni się oderwało, zaszczepiając się na życiodajnym pniu greckim. Nawiasem mówiąc, chrześcijański uniwersalizm od samego początku uznany został przez Żydów za zagrożenie, bowiem nawet się na tym nie skupiając, sam przez się podważał żydowskie uroszczenia do wyjątkowości we Wszechświecie. Świadczy o tym charakterystyczny zarzut, jaki Żydzi postawili św. Pawłowi, który z chrześcijańskim orędziem zwrócił się w pierwszej kolejności właśnie do nich. Oskarżyli go mianowicie, że „występuje przeciwko narodowi” - oczywiście narodowi żydowskiemu. Jest w tym zarzucie logika, bo rzeczywiście - historia narodu żydowskiego to nieustanna krzątanina mająca na celu osiągnięcie podobno obiecanej władzy nad światem. Temu celowi podporządkowane jest wszystko - z kultem Jahwe na czele, ponieważ dochowanie wierności żydowskiemu Bogu jest warunkiem sine qua non realizacji tego handlowego kontraktu zwanego „przymierzem”.

Głosząc chrześcijański uniwersalizm, św. Paweł, nawet nie mając takiej intencji, pozbawiał tamto „przymierze” wszelkiego znaczenia, amputując tym samym narodowi żydowskiemu cel, wokół którego dotychczas się on jednoczył i budował swą tożsamość w opozycji do reszty świata. Stąd też przez stulecia towarzyszy chrześcijaństwu nieprzejednana wrogość ze strony Żydów - w wieku XIX otrzymując potężne narzędzie walki w postaci kontrreligii socjalistycznej. W tym Bożym spisku ważną rolę odegrał również Rzym, który rozciągając polityczną kontrolę nad ówczesnym światem, umożliwił zakorzenienie chrześcijaństwa na obszarach zachodniej Europy, co dało początek fenomenowi zwanemu cywilizacją łacińską, która, dzięki splotowi okoliczności, wśród których nie możemy oczywiście wykluczyć dalszego ciągu Boskiego spisku, zdołała narzucić wytworzony przez siebie system wartości całemu światu.

Fundamenty cywilizacji łacińskiej

Cywilizacja ta jako „ustrój życia zbiorowego”, wspiera się na trzech filarach: greckim stosunku do prawdy, zasadach prawa rzymskiego i etyce chrześcijańskiej, jako podstawie systemu prawnego. Grecki stosunek do prawdy sprowadza się do przeświadczenia, iż prawda istnieje obiektywnie, to znaczy - niezależnie od tego, co ludzie, albo ich większość na jej temat mniema, że nie leży „pośrodku” - jak chcieliby ireniści, tylko tam, gdzie leży. Taki stosunek do prawdy sprzyjał poznawaniu świata niezależnie od wierzeń religijnych i właśnie dlatego w obrębie tej cywilizacji pojawił się fenomen zwany nauką, to znaczy - systematyczne dociekanie prawdy o świecie, połączone z nieustannym kwestionowaniem uzyskanych dotychczas rezultatów.

Bardzo ważnym filarem tej cywilizacji są zasady prawa rzymskiego, z niezwykle doniosłym wynalazkiem w postaci rozdzielenia prawa publicznego i prywatnego na czele. Wynalazek ten umożliwił nie tylko wyodrębnienie własności prywatnej, ale również, a może nawet przede wszystkim - wykształcenie się poczucia autonomii jednostki względem państwa. Dlatego też właśnie w prawie rzymskim własność została uznana za „pełne władztwo nad rzeczą”, które przysługuje właścicielowi z wyłączeniem wszystkich innych osób - z „państwem” włącznie. Prawnicy rzymscy sformułowali też zasady, iż prawo nie działa wstecz, że nikt nie powinien być sędzią we własnej sprawie, a chcącemu nie dzieje się krzywda. Całość umożliwiła nie tylko precyzyjne zdefiniowanie sprawiedliwości jako „niezłomnej i stałej woli oddawania każdemu, co mu się należy” („Ulpian Domicjusz: iustitia est firma et perpetua voluntas suum cuique tribuendi”) oraz sformułowanie kryteriów prawego postępowania: „honeste vivere, alterum non laedere, suum cuique tribuere” (uczciwie żyć, drugiego nie krzywdzić, każdemu należne oddawać).

I wreszcie - etyka chrześcijańska, która stanowi cenne uzupełnienie poprzednich filarów. Wniosła ona do tej cywilizacji rewolucyjną zasadę, iż każdemu człowiekowi, niezależnie od aktualnej pozycji społecznej, przysługuje nienaruszalne i przyrodzone minimum godności, jako dziecku Boga. Zaszczepienie tej zasady na greckim i rzymskim korzeniu przyniosło już w Średniowieczu znakomity rezultat w postaci etosu rycerskiego. Rycerz był uosobieniem dzielności i siły - w czym kochała się Grecja i Rzym - ale w cywilizacji łacińskiej ta siła została obciążona obowiązkami na rzecz słabości. Podstawowym bowiem obowiązkiem rycerza była „obrona wdów i sierot” - a więc osób w ówczesnym społeczeństwie najsłabszych.

Socjalistyczna kontrkultura

Niepodobna nie zauważyć podobieństwa między socjalizmem, a religią żydowską. Nie chodzi o to, że wśród twórców socjalizmu spotykamy nadreperezentację żydowskich mełamedów, ale - podobieństwa merytoryczne. Przede wszystkim - kolektywizm. W religii żydowskiej jednostka właściwie nie istnieje; podmiotem historii jest naród, którego interesom - a podstawowy, to zdobycie panowania nad światem - jednostka ma się bezwzględnie podporządkować. Jeśli zastąpilibyśmy słowo: „Izrael” słowem: „państwo”, czy „partia”, to bardzo wiele urywków Starego Testamentu można by wziąć za fragmenty jakiegoś „Manifestu komunistycznego”. Bo socjalizm też charakteryzuje się podejściem kolektywistycznym. Nie dostrzega jednostek, tylko antagonistyczne „klasy”. Każdy nie tylko należy do określonej „klasy”, ale jest tą przynależnością zdeterminowany na poziomie instynktów, również, a nawet przede wszystkim w swoim sposobie myślenia.

Skoro tak, to nie istnieje żadna „prawda”, bo co jest prawdą dla przedstawicieli jednej klasy, jest fałszem dla przedstawicieli klasy antagonistycznej. Nie istnieje też uniwersalna etyka, bo to, co jest dobre, dla klas oprymujących, jest złe dla klas oprymowanych, a ponieważ to klasy oprymowane są przez socjalistów uznawane za awangardę, to dobre jest to, co jest dobre dla nich. Podobnie nie istnieje uniwersalne piękno, bo wszystko zależy od tego, co harmonia wyraża; czy odzwierciedla ład „burżuazyjny”, czy też socjalistyczny, słowem - komu służy. W ten oto sposób kolektywizm, będący wspólnym rdzeniem cywilizacji żydowskiej i socjalizmu, podważa wszystkie elementy quincunxa łacińskiej cywilizacji: prawdę, dobro, piękno, zdrowie (zarówno Żydzi, jak i sodomici jako „mniejszości” oprymowane przez większości -„gojowską” i heteroseksualną - powinni być uprzywilejowani) i dobrobyt (kolektywistyczne podejście do własności w socjalizmie jest odpowiednikiem trybalistycznego podejścia do własności w cywilizacji żydowskiej).

Oczywiście nie wszyscy Żydzi skłaniają się ku socjalizmowi; można powiedzieć, że te kręgi tylko częściowo na siebie zachodzą, natomiast wydaje się, że kręgi wrogie cywilizacji łacińskiej zarówno wśród Żydów, jak i socjalistów nakładają się na siebie w stopniu znacznie większym. Tym właśnie tłumaczę sobie nadreprezentację Żydów wśród elit komunistycznych, gdzie tworzyli rodzaj „partii wewnętrznej”, zorientowanej na przybliżanie komunistycznego ideału. Ten zaś, zakładając zniszczenie znienawidzonej cywilizacji łacińskiej i doprowadzenie mniej wartościowych ludów tubylczych do stanu duchowej bezbronności, przybliżał zarazem upragnioną władzę nad światem.

Taktyka bolszewicka polegała na dążeniu do uchwycenia władzy politycznej drogą rewolucji, co umożliwiało korzystanie z narzędzi współczesnego państwa, przede wszystkim - terroru i zmasowanej propagandy - do przerabiania normalnych ludzi na ludzi sowieckich. Różnica między człowiekiem normalnym i sowieckim polega na tym, że człowiek sowiecki wyrzeka się wolnej woli - a więc autonomii względem państwa, tworząc kolektywistyczny „nawóz Historii”. Ale dzięki polskiemu zwycięstwu w wojnie bolszewickiej w roku 1920, Zachód uchronił się przed zaaplikowaniem mu tej taktyki. Wobec niego zastosowana została taktyka alternatywna, zaproponowana przez Antoniego Gramsciego w postaci tak zwanego marksizmu kulturowego.

Gramsci stwierdziwszy, że bardziej niż zewnętrzna przemoc, człowieka trzyma w niewoli kultura „burżuazyjna”, zaproponował wprowadzenie do niej „ducha rozłamu” to znaczy - podsunięcie tradycyjnym kategoriom kulturowym wywrotowej, czyli rewolucyjnej treści - a wtedy władza polityczna nad tak zoperowanym społeczeństwem sama wpadnie „awangardzie” w ręce. Bardzo ciekawie pisze o tym Monika Kacprzak w książce „Pułapki poprawności politycznej”, będącej jej rozprawą doktorską. Wspomina tam ona o kontynuującej i rozwijającej myśl Gramsciego „szkole frankfurckiej”, która pod koniec lat 30-tych poprzez Francję przeniosła się do Ameryki, stopniowo infekując marksizmem kulturowym tamtejsze uniwersytety, media i przemysł rozrywkowy - czemu sprzyjało stopniowe opanowywanie tych segmentów życia publicznego przez Żydów. Obecnie Liga Antydefamacyjna piętnuje takie spostrzeżenia jako „antysemityzm”, ale to nic dziwnego, bo przecież wiemy, że w domu wisielca nie wypada mówić o sznurze.

Tedy marksizm kulturowy stopniowo opanował amerykańskie uniwersytety i niczym bumerang, powrócił do Europy, stając się w 1968 roku dominującą ideologią ówczesnej młodzieżowej rewolty. Jej przywódcy proklamowali wtedy „długi marsz przez instytucje”, który na przełomie lat 80-tych i 90-tych zakończył się całkowitym sukcesem. Symbolami tego sukcesu byli ludzie tacy, jak Joshka Fisher, niemiecki dynamitard z roku 1968, a później - minister spraw zagranicznych Republiki Federalnej Niemiec, czy Bill Clinton - prezydent Stanów Zjednoczonych. Kierując „instytucjami” o zasięgu światowym bądź europejskim, korzystając ze wsparcia autorytetów uniwersyteckich, mediów i przemysłu rozrywkowego, ludzie ci nadali marksizmowi kulturowemu charakter już nie intelektualnej propozycji, ale ideologii zarówno w USA, jaki i Unii Europejskiej obowiązującej. Przybiera ona na naszych oczach postać norm prawnych, za którymi stoi przemoc państwa.

„Duch Soboru”

Inwazja marksizmu kulturowego na uniwersytety doprowadziła również do kryzysu tożsamości w Kościele katolickim, w którym pojawiły się coraz wyraźniejsze nurty kontestacyjne, wysuwające postulaty „demokratyzacji”, ekumenizmu i „prawdziwego” pokoju. W październiku 1962 roku papież Jan XXIII zwołał sobór, który proklamował „aggiornamento”, ekumenizm uczynił wiodącym nakazem, co zapoczątkowało „dialog” - między innymi - z „judaizmem”. Ile swojego dołożyli do dorobku soborowego szachiści z Kremla, jaki wpływ miało żydowskie złoto i masońskie intrygi - tego pewnie już nigdy się nie dowiemy - ale pochwały, jakich sowiecka „Prawda”, rabini i autorytety moralne nie szczędziły Janowi XXIII, skłaniają do podejrzeń, że przynajmniej niektóre sprawy poszły po ich myśli.

Do takich podejrzeń skłania zwłaszcza tajemniczy „duch Soboru”, który sprawił, że rewolucyjna praktyka w Kościele „posoborowym” wyprzedziła i to niekiedy znacznie, rewolucyjną teorię zawartą w soborowych konstytucjach. Można powiedzieć, że proroctwa wspierały Mikołaja Davilę, gdy pisał, że Kościół, utraciwszy nadzieję, że ludzie będą postępowali zgodnie z jego nauczaniem, zaczął nauczać tego, co ludzie robią. Tymczasem ludzie robią to, co sufluje im piekielna triada w postaci zdominowanego przez marksistów państwowego monopolu edukacyjnego, podobnie zinfiltrowanych mediów i przemysłu rozrywkowego, dostarczającego gotowych wzorców postępowania dla „młodych, wykształconych”. W rezultacie „aggiornamento” Kościół rozpaczliwie starał się dostroić do tempa dyktowanego przez wrogów cywilizacji łacińskiej, podlizując się a to „młodym”, a to „poszukującym” - na co nakładają się dodatkowo wymagania „dialogu”.

Rzecz w tym, iż podstawowym, że tak powiem, kurtuazyjnym, warunkiem „dialogu” jest uznanie poglądów partnera za równoprawne, a nawet - za słuszne i prawdziwe. Spełnienie tego warunku ma jednak znamiona bezwarunkowej kapitulacji - bo nawet podyktowane kurtuazją uznanie fałszu za równoprawny z prawdą, stanowi zdradę łacińskiej cywilizacji. Okazało się, że wszystkie drogi prowadzą na szczyt, a jeden szczyt uwiarygodnia każdą drogę. Ale to ma swoje konsekwencje - bo skoro wszystkie drogi są jednakowo prawomocne, to tylko dureń wybierałby trudniejszą, a zwłaszcza - karkołomną, skoro obok po wyasfaltowanej autostradzie klimatyzowane autokary z wychodkiem i telewizją, komfortowo dowożą na sam szczyt. Krótko mówiąc - zatruty „duchem Soboru” Kościół, zamiast pewności, zaczął dostarczać wiernym coraz więcej rozterek, koncentrując się w coraz większym stopniu na wewnętrznych problemach duchowieństwa, które w dodatku zaczęło się bisurmanić w sposób niekiedy wołający o pomstę do nieba. W tej sytuacji miliard 300 milionów katolików już sam nie wie, czy i w jakim stopniu może jeszcze liczyć na przywództwo pasterzy Kościoła. Abdykacja Benedykta XVI w tej sytuacji urasta do rangi symbolu.

Wrogowie w pełnym natarciu

Za sprawą wrogów cywilizacji łacińskiej - bo to przecież mamy na myśli mówiąc o „Zachodzie”, obiektem furiackiego ataku są wszystkie jej filary. Tradycyjny stosunek do prawdy ulega erozji pod wpływem demokracji totalnej, w ramach której metoda demokratyczna, polegająca na apriorycznym przyznawaniu racji większości, znajduje coraz szersze zastosowanie w nauce. Przykładem jest głosowanie w WHO, w następstwie którego sodomia i gomoria została uznana za rodzaj normy. Skoro normą staje się cokolwiek, to znaczy, że normy już nie ma, podobnie jak prawdy. Jest to pogląd co się zowie wywrotowy, czyli rewolucyjny, sprzeczny z logiką dwuwartościową, według której jest prawda - i fałsz, jest norma - i dewiacje.

Zasady prawa rzymskiego są unieważniane przez zwycięski pochód socjalizmu. Zdobycze łacińskiej cywilizacji, uzyskane w następstwie epokowego wynalazku rozdzielenia prawa publicznego i prywatnego, są bezpowrotnie tracone na skutek stopniowego zacierania granicy między publicznym i prywatnym - co upodabnia współczesne państwa do trybalistycznych wspólnot rozbójniczych. O zasadzie volenti non fit iniuria (chcącemu nie dzieje się krzywda), która stanowi podstawę wolnościowej legislacji, nie ma już dzisiaj mowy, skoro nawet moraliści twierdzą, iż „nieważne, co się podpisuje”, nawet „bez swojej wiedzy i zgody”.

Państwa przechwytują władzę nad bogactwem wytwarzanym przez ludzi, a wraz z tą władzą zagarniają kolejne przestrzenie wolności. Autonomia jednostki względem państwa zanika, czego przykładem jest wprowadzanie urzędnika państwowego w charakterze arbitra stosunków rodzinnych nie tylko między małżonkami, ale również - między rodzicami, a dziećmi. W ten oto sposób porządki spontaniczne, charakterystyczne dla ustrojów wolnościowych, wypierane są przez porządki zadekretowane. No i wreszcie postulat „państwa neutralnego światopoglądowo” którego rzeczywistym celem jest wyrugowanie etyki chrześcijańskiej, jako podstawy systemu prawnego państwa i zastąpienie jej etyką sytuacyjną, uzależnioną od „mądrości etapu”.

Jeśli sól zwietrzeje...

Temu zorganizowanemu natarciu na fundamenty cywilizacji łacińskiej towarzyszy bezradność i kryzys przywództwa wśród jej zwolenników i obrońców. Nie tylko nie mają żadnego planu obrony, ale w dodatku - coraz mniej wiary w zwycięstwo. Dobrze, jak nie próbują truchcikiem przechodzić na stronę wroga; za odwagę uchodzi dzisiaj siedzenie okrakiem na barykadzie. W tej sytuacji zmierzch cywilizacji łacińskiej zakończony jej bardziej, czy mniej widowiskowym upadkiem jest całkiem prawdopodobny. Co będzie potem? Być może że na gruzach tej cywilizacji żydokomuna zbuduje coś nowego, ale jeszcze bardziej prawdopodobny wydaje się podbój Zachodu przez Wschód, zarówno ten „czerwony”, jak i „zielony”, spod sztandaru Proroka.

Spójrzmy na to okiem Warrena H. Carolla, dopatrującego się głębszego sensu w każdym fragmencie procesu dziejowego. Wprawdzie cywilizacja łacińska zaniosła przesłanie chrześcijańskie w najdalsze zakątki świata - ale co z tego, kiedy sama utraciła wiarę nie tylko w to przesłanie, ale w siebie samą? Kiedy sama doprowadziła się do stanu bezbronności zatracając gotowość zabijania i ryzykowania życia w imię wyznawanych wartości? Bo jeśli ktoś nie ma odwagi zabijać, ani ryzykować życia w imię deklarowanych wartości, to prawdopodobnie wcale w nie nie wierzy. Jeśli więc cywilizacja łacińska przez ostatnie dwa tysiące lat była solą ziemi, to dzisiaj wykazuje objawy zwietrzenia. A jaki los czeka sól zwietrzałą? W Ewangelii czytamy: „a jeśli sól zwietrzeje, czymże ja nasolą? Na nic się więcej nie zda, jak tylko by ją wyrzucić na zewnątrz, gdzie zostanie podeptana przez ludzi.”

Stanisław Michalkiewicz

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze miesięcznika „Opcja na prawo” (pow. poznański)
W życiu wszystko ma swoja cenę, musisz tylko rozważyć czy chcesz ją zapłacić
Najważniejsze w życiu nie jest to co zdobędziesz – ale to w jaki sposób zdobywanie tego – zmieniło i zbudowało ciebie.
Awatar użytkownika
Elie
Administrator
 
Posty: 30988
Rejestracja: 07 mar 2009, 03:00
Podziękował : 2076 razy
Otrzymał podziękowań: 1862 razy
Płeć: Kobieta
Znak zodiaku: Rak
Droga życia: 1

Re: Czego chce Bóg? - czyli o cywilizacji i religii

Postautor: Elie » 25 maja 2013, 04:47

Dlaczego wydaje się, że Bóg czegoś chce.

To moja odpowiedź na artykuł "Czego chce Bóg", miała być komentarzem, ale wyszła zbyt obszerna.
Michalkiewicz (a miesiąc wcześniej Kamil Cybulski, który napisał podobny, ale jeszcze bardziej powierzchowny tekst) filar grecki i rzymski ocenia po skutkach i syntetycznie, ale chrześcijaństwo według intencji i wybiórczo. Dla zachowania równości spróbowałem spojrzeć podobnie syntetycznie na skutki chrześcijaństwa dla cywilizacji, nie wchodząc w intencje i mitologiczne uzasadnienia. Krytyce negatywnych zjawisk w historii chrześcijaństwa poświęcono mnóstwo słów, nie będę zajmował się krucjatami, symonią, politycznym zaangażowaniem kleru, całą tę (czasem ciekawą, częściej nużącą) wyliczankę pozostawiam choćby “Racjonaliście”.
Teza o tym, że dopiero chrześcijaństwo i jedynie ono twierdzi iż “każdemu człowiekowi, niezależnie od aktualnej pozycji społecznej, przysługuje nienaruszalne i przyrodzone minimum godności, jako dziecku Boga” , jest zwyczajnie fałszywa. Każda kultura o której słyszałem przestrzega takiej zasady. Różni je jedynie to, jak definiuje owo “minimum”. Obecnie rozumiemy to minimum przede wszystkim jako wolność osobistą, ale w innym czasie i w innych miejscach oznaczało co innego: w Grecji - (na przykład i między innymi) prawo do zachowania swojego ciała w całości - sekcji nie prowadzono nawet w okresie hellenizmu, obowiązywał zakaz używania noża przez lekarza, zachował się w przysiędze Hipokratesa; w Rzymie prawo osobistej własności, dotyczyło nawet niewolników; w Chinach - prawo do opieki nad grobami przodków i pozostawienia swojego grobu potomkom. To wybrane, nieliczne przykłady, ale pokazują jak powszechne były i jak wysoką rangę miały zasady, pozwalające na zachowanie “minimum” godności. Tak więc chrześcijaństwo traci swoją wyjątkową pozycję trzeciego filaru naszej cywilizacji, bo tego rodzaju filar ma każda cywilizacja.
Jeżeli zaś spojrzeć nie na deklarcje tylko na faktycznie promowane wartości to trudno mówić o chrześcijaństwie jako całości, czy nawet katolicyźmie jako całości, bo w ciągu tych wieków wielokrotnie zmieniał on swoje postawy (stała jest jedynie legitymizacja poprzez wykorzystanie mitu o zmartwychwstaniu). W pierwszych wiekach taką wartością fundamentalną wnoszoną w kulturę był mistycyzm i poszukiwanie osobistego kontaktu z Bogiem; po pierwszej fali dżumy która przeszła w IV-VI wieku i zmianie pozycji politycznej Kościoła, dominującym motywem stało się współczucie dla biednych i jałmużna; później, w okresie wojen krzyżowych, nadchodzi okres w którym żarliwość wiary i głoszenie Ewagelii staje się ideą pozwalającą na równy kontakt między potężnymi i słabymi. Można tę wyliczankę ciągnąć dalej, uogólnienia jakimi się tutaj posługuję powodują straszliwe skróty i uproszczenia, ale mimo to, tych kilka przykładów pokazuje, że chrześcijaństwo nie dostarcza jakiejś jednej myśli przewodniej, którą dałoby się porównać z klarownymi zasadami dochodzenia do prawdy według greckiej filozofii albo regułami rzymskiego prawa.
Zatem w jaki sposób chrześcijaństwo ma być takim ważnym filarem naszej cywilizacji? Która z tych wartości jest najważniejsza i przetrwała próbę czasu podobnie jak Elementy Euklidesa? Jeżeli coś wydaje się trwać, to współczucie dla biednych i słabych, różne formy miłosierdzia i działań charytatywnych. Jednak nie są one wyróżnikiem chrześcijaństwa - dość wspomnieć zakat, czy Bodhićitta -ale często służą do legitymizowania jego roszczeń, choćby w takiej formie jaką przedstawia Michalkiewicz, dlatego chcę sie temu bliżej przyjrzeć.
Jako małpy używające rozumu jestśmy rozdarci pomiędzy instynktami, które mówią nam jak żyć w niedużych grupach oraz rozumem, który wytwarza abstrakcyjne pojęcia pozwalające na pokojową koegzystencję w znacznie większej skali. Filar grecki i filar rzymski to właśnie sformułowania takich zasad, których stosowanie pozwala na wspólne życie w większych zbiorowościach. Jakieś formy tych poglądów, formułowane nie tak szczęśliwie, były wytwarzane przez wiele innych wielkich cywilizacji.
Kłopot z tymi dwoma filarami jest jednak taki, że stosowanie tych zasad prowadzi do pojawienia się dysproporcji potęgi, władzy i jej stale rosnącej koncentracji. Kumulowanie nawyżek przebiega w sposób wykładniczy, im ktoś jest potężniejszy tym szybciej jego potęga rośnie, a po pewnym czasie tuż obok siebie żyją ludzie o tak różnych możliwościach, że wydają się należeć do innych narodów, jeżeli nie gatunków.
Obraża to nasze uczucia, instynkty, przystosowane do życia w niewielkich, kilkudziesięcioosobowych grupach, w których związki osobiste, uczucia rodzinne stanowią spoiwo i przyczyniają się do łagodzenia różnic władzy i zamożności. W dużym społeczeństwie potężniejszych od siebie traktujemy jak egoistów, którzy nie chcą się podzielić, słabszych jak obcych, którzy pasożytują na nas i naszym środowisku. Takie widzenie innych jest możliwe, bo ludźmi o innym statusie materialnym często nie mamy osobistych związków, a racjonalne zasady dają silne uzasadnienie dla podtrzymywania różnic.
Aby społecznie poradzić sobie z tym napięciem tworzone są ideologie, łamiące racjonalność i wspierające się na przedziwnych nieraz mitologiach, których sens i spójność ma niewielkie znaczenie, ponieważ mają dostarczyć tylko emocjonalnego uzasadnienia dla podejmowania działań nie wynikających z racjonalnych filarów - jak choćby dawanie pieniędzy żebrakom. Podtrzymywanie tych mitologii jest kosztowne społecznie, ale niezbędne. Możliwe są dwa rodzaje działań z tego wynikających: motywowanie do dzielenia się bogactwem oraz wskazywanie alternatywnej hierarhii społecznej. Chrześcijaństwo wykorzystywało i wykorzystuje swój mit w obu tych celach.
Obecnie przepaść społeczna, która powstaje jako efekt stosowania wyłącznie racjonalnych zasad organizacji, jest zasypywana przy wykorzystaniu ideologii bazującej na innym niż chrześcijaństwo uzasadnieniu. Jest to ideologia praw człowieka - listy oczekiwań, jakie każdy może kierować do społeczeństwa tylko z tej racji, że należy do gatunku. Istotną nowością w stosunku do filarów greckiego i rzymskiego jest to, że Deklaracja Praw Człowieka daje wszystkim prawa do pewnego poziomu zamożności - jest to wyrażone wprost w artykułach od 22 do 27. Takie same zalecenia były też wypełniane przez chrześcijaństwo, ale posługiwało się ono innym uzasdnieniem - religijnym, nie formalnym. Owo religijne uzasdnienie dla wyrównywania różnic ekonomicznych dawało motywację do działalności charytatywnej a działaność charytatywna motywowana religijnie wspierała moralnie kościoły. Obecnie ten układ został podminowany: jeżeli bowiem uda się wprowadzić poprzez biurokratyczne, państwowe mechanizmy zabezpieczenie dla wszystkich owego podstawowego poziomu zamożności (zadowalające wynagrodzenie, urlopy, ochronę zdrowia, naukę i udział w kulturze) wówczas główna motywacja dająca siłę religii jaką znamy - instynktowna niezgoda na przepaście społeczne - straci swoją moc, a przynajmniej znacznie się osłabi.
Analogią może być to, co stało się z prawami człowieka w neolicie (oczywiście wówczas tak nie nazywanymi). Osiadły tryb życia i ogrodzone osady dały po raz pierwszy w historii szansę na zapewnienie wszystkim ludziom, tylko na zasadzie przynależności gatunkowej, bezpieczeństwa przed pożarciem przez dzikie zwierzęta. Stąd, z tej troski o wspólne bezpieczeństwo, wyrastają stare religie wojowników, owe rozbudowane mitologie honoru i waleczności, kasty rycerskie, których religijnym powołaniem było ćwiczenie sprawności w używaniu broni, tak aby móc bronić innych przed napadami - przed zwierzętami właśnie a później i przed innymi ludźmi. Ten religijny obowiązek powszedniał, stawał się elementem codzienności, wraz ze zwiększaniem się przewagi człowieka nad zwierzętami, trafiał na coraz niższe szczeble społecznej hierarchii: od prac Herkulesa, do szeryfa Nottingham - leśniczego lasu Sherwood, a dalej do łowczych i gajowych na magnackich dworach, aby skończyć na funkcji weterynarza powiatowego, dla którego usypianie niebezpiecznych zwierząt jest dodatkowym obowiązkiem, czy rakarzy - o których chętnie się zapomina, ale to oni bronią nas przed stadami dzikich psów. Religie łowców-wojowników, zostały zapomniane, rozpłynęły się w jakieś folklorystyczne okruchy celebrowane przez koła łowieckie.
Podobnemu procesowi podlegają prawa do bezpieczeństwa ekonomicznego. Po żarliwych religinych uzasadnieniach przychodzi czas biurokracji, która bez duchowej, boskiej legitymacji usiłuje zapewnić dostatek. Rozpisuje go w rozbuchane wytyczne prorównościowych programów unijnych, standardy edukacyjne, przymus - bo to już nie tylko prawo - kształcenia dzieci, finansowanie kultury choćby poprzez utrzymywanie absurdalnych “antypirackich” przepisów prawa autorskiego, przywileje dla przemysłu turystycznego (jak budowa autostrad z podatków czy finansowanie lotnisk - to objawy realizowania artykułu 24 Deklaracji). To czas Robin Hoodów: centralna władza już nie potrzebuje i nie toleruje szlachetnych i doskonałych (w założeniach) bohaterów walczących z nierównością, potrzebuje organizacji: państwa włączają zapewnienie “praw socjalnych” do swojego programu. Ci którzy próbują własną przemyślnością zapewnić sobie zamożność są albo łupieni, albo uciekają w szarą i czarną strefę, czasem tylko spektakularnie protestując.
Chrześcijaństwo podąża za tym procesem: kolaboruje z państwowym socjalizmem i wymuszoną “solidarnością społeczną”, daje się włączać w nowe zasady, choć czasem pojawiają się buntownicy, którzy widzą upadek dawnych wartości i ich “wyprzedawanie” protestują przeciwko temu i roją o powrocie do dawnej świetności. Jeżeli analogia jest prawdziwa, to państwa znajdą nową ideologię, nową religię z którą się sprzymierzą a chrześcijaństwo włączy się w nią jakimiś strzępami, które z czasem będą się wtapiać i mieszać nie wywołując już dysonansu i konfliktów.
Gdzie tu jest miejsce na Boga i jego antykatolicki spisek? Cóż, “nie potrzebuję tej hipotezy”

Marcin Hładki

komentarze
1. Socjalizm • autor: Wojciech Jóźwiak 2013-05-24 22:00:27
Pamiętam okolice roku 1982, 84. Wydawało się, że komunizm i zwłaszcza ZSRR są wieczne i że wyobrażać sobie lub marzyć, że ten potwór kiedyś padnie, wydawało się marzeniem ściętej głowy. A właśnie w tamtych latach potwór, zrazu niewidocznie, dogorywał. W 1985 przyszedł Gorbaczow i cały interes zaczął się sypać, ostatecznie latem 1992. Dziesięć lub 7 lat wystarczyło.

Czy nie jest teraz tak samo z eurosocjalizmem? Bo o nim przecież piszesz jako o nadchodzącej fazie rozwoju. Widać, że się sypie. Co będzie za 10 lat?
W życiu wszystko ma swoja cenę, musisz tylko rozważyć czy chcesz ją zapłacić
Najważniejsze w życiu nie jest to co zdobędziesz – ale to w jaki sposób zdobywanie tego – zmieniło i zbudowało ciebie.
Awatar użytkownika
Elie
Administrator
 
Posty: 30988
Rejestracja: 07 mar 2009, 03:00
Podziękował : 2076 razy
Otrzymał podziękowań: 1862 razy
Płeć: Kobieta
Znak zodiaku: Rak
Droga życia: 1


Wróć do Archiwum

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość