Wdowi Grosz

Wdowi Grosz

Postautor: Elie » 30 lis 2013, 17:01

Przed tysiącem lat przybył aż z Rzymu do kraju Polan biskup Wojciech. Czechem był, z książęcego rodu pochodził i z samym cesarzem nicmieckim się przyjaźnił. A teraz gościnę znalazł w Gnieźnie, na dworze księcia Bolesława, syna Mieszka i Dąbrówki, księżniczki czeskiej.

Parę lat wcześniej był jeszcze Wojciech biskupem Pragi.) Ale widząc wielkie ze­psucie braci Czechów, w zgryzocie opuścił miasto i udał się do Rzymu. Tam wstąpił do klasztoru.

A wtedy Czesi poskarżyli się samemu papieżowi na swego biskupa, że opuścił swą owczarnię i swoje owieczki. Cierpiał z tego powodu Wojciech i siebie za wszystko obwiniał mówiąc, że złym był pasterzem. Zamyśliwał też wrócić do Pragi, ale kiedy wymordowano lam jego rodzinę, postanowił raczej udać się do Polski — do Gniezna, do księcia Bolesława.

Powiadano, że ten Bolesław rozkazywał zęby wybijać wszystkim, którzy Wielkiego Postu nie pilnowali i miast spożywać ryby, objadali się mięsem. Ale i sam Wojciech nie folgował grzesznikom. W starym grodzie, zwanym Kaliszem, rzucił klątwę na jego mieszkańców. Bo kiedy prawił im kazanie, kiedy nawoływał do pokory i pokuty, ukra­dziono mu jedną z biskupich rękawic, czerwoną z wyhaftowanym na niej złotym krzyżem.

Będąc już w Gnieźnie, biskup Wojciech postanowił solennie, że przysporzy Bogu nowych owieczek, aby odpokutować za porzucenie owczarni, w której wilcy teraz prze­wodzili. Pomyślał o Prusach, pogańskim ludzie, który żył na północy.

Któregoś dnia taki sen go nawiedził: szedł w szkarłatnej szacie przez las i trzymał w ręku długi zakrzywiony kij, który jak laska pasterska wyglądał albo jak biskupi pastorał. Napotykał czarne owce po drodze, które szły za nim, ale potem nagle w wilki się zamieniały.

— Biskupie Wojciechu, może to proroczy sen — powiedział Barnaba, braciszek za­konny. — Może Prusowie będą tymi owieczkami, a wy ich pasterzem?
Zadumał się biskup Wojciech.

— Może to prawda? — powiedział z wahaniem. — Ale sen był straszny.

— Nie frasujcie się, biskupie Wojciechu — pocieszał go Barnaba. — Toć Pruso­wie wierzą, że dusza zmarłego może przejść w zwierzę, a choćby i w wilka. I pewnie stąd taki sen was nadszedł.

Prusowie zamieszkiwali rozległą krainę leżącą nad Bałtykiem, a rozciągającą się między dwoma wielkimi rzekami: Wisłą i Niemnem. Pełną lasów i jezior. Lud to był bitny i dumny, chociaż także srogi i okrutny.

Uprawiali Prusowie ziemię, hodowali owce i bydło, łowili ryby i zbierali to, co im las dawał. Czcili słońce, księżyc i gwiazdy, a także pioruny. Oddawali też cześć rze­kom, kamieniom, roślinom i zwierzętom. Nawet ropuchom i wężom. A swoje dobre duszki, które opiekowały się ich domami, nazywali kaukami, bo okrutnie skowyczały. Zaś widziadła karmili kaszą i jajecznicą.

Najważniejszym z bogów był jednak Pcrkun albo Perkunis. Różnie go tam nazy­wano. Prusowie wyobrażali go sobie pod postacią błyskawicy. Temu bogu poświęcali dęby trafione piorunem.

Modlili się do tych dębów o uwolnienie od bólu zęba, a do krzaka czarnego bzu mówili: „Święty bzie, weź moje bolenie pod swoje korzenie".

Prusowie zbierali się na modły w świętych gajach, czyli zagajnikach dębowych, które na pagórkach śródleśnych rosły. A otaczali je wałami z głazów. Raz w roku całymi gromadami składali tam ofiarę dla zapewnienia sobie plonów.

Każdy kapłan zabijał wtedy kozła i jego krwią kropił zebranych. Kobiety gotowały potem na wspólną ucztę mięso zabitego zwierzęcia, a mężczyźni piekli pszenne pieczy­wo, które piwem zapijali. Na ofiary wybierano wyłącznie czarne kozły, czarne owce, czarne świnie lub woły albo czarne koguty. Bywało, że krwawą ofiarę składano ze schwytanych wrogów. Czasem też bożkom poświęcano w ofierze dziewczęta przybrane w kwiaty.

Dzikie to były obyczaje, o których biskup Wojciech słyszał wielekroć. Bardzo więc pragnął lud ten nauczyć innej wiary, a także łagodności, pokory i miłosierdzia. Nie­szczęściem swoim wyruszył do krainy Prusów w kwietniu, kiedy właśnie składano ofiary, które miały zapewnić urodzaj i bezpieczeństwo. Towarzyszyło mu kilku zakonników i jego przyrodni brat Gaudenty, a także trzydziestu zbrojnych wojów z drużyny księcia Bole­sława.

Minęły trzy dni wyprawy, kiedy biskup Wojciech powiedział:

— Nie godzi się, byśmy miecz dzierżąc w ręku, szli nauczać nowej wiary.

I postanowił oddalić zbrojnych do Gniezna, a z braćmi zakonnymi iść dalej bez koni i bez broni.

— Weźcie panie choć topór — prosili woje odchodząc. — W lasach zwierza dzikiego bez liku...
Ale Wojciech odparł:

— Wystarczy mi maczuga, która już dawnym biskupom służyła. I wnet znalazł sobie sękatą gałąź.

Któregoś dnia, kiedy pod wieczór na niebie zebrały się ciemne chmury, natknęli się na święty gaj, otoczony kamiennym wałem. Wokół największego dębu, zgromadziła się liczna gromada Prusów. Wojciech począł więc iść ku nim. A kiedy go zobaczyli, oślepiający błysk rozdarł niebo i rozległ się potężny grzmot.

— Perkun! Perkun! — zaczęli wołać z przestrachem Prusowie. Sądzili zapewne, że ich bóg gniewa się, bo oto jakiś obcy nadchodzi, aby przeszkodzić w złożeniu mu ofiary. Jeden z Prusów podbiegł więc do Wojciecha i ostrą włócznię wbił w jego pierś. Właśnie wtedy, kiedy biskup podniósł rękę na znak pokoju. Ugodzony nią Wojciech rozpostarł ramiona, jakby jeszcze chciał wziąć w ramiona swego prześladowcę, i upadł na wznak.

Nadbiegli też następni Prusowie. Czuli jakiś nieodgadniony lęk, a nawet strach przed tym obcym, chociaż leżał już martwy. Zaczęli więc rąbać i ćwiartować jego ciało. Toporem odcięli mu głowę, na włócznię ją nadziali i ponieśli do swojej osady. Tam zatknęli ją na bramie. Głowa wroga — jak mniemali — miała ich teraz strzec przed nieprzyjaciółmi. Ciało zaś Wojciecha — w przeświadczeniu, że to ktoś znaczny — owinęli zgrzebnym płótnem i w ziemi zakopali. Nawet nie zauważyli, że nad głową umęczonego biskupa unosił się czas jakiś biały gołąb.

Pozostali mnisi w rozpaczy i przerażeniu czym prędzej uszli do Gniezna, aby księ­ciu Bolesławowi donieść, jakie nieszczęście się przydarzyło.

Bolesław bez wahania rozkazał tyle złota zgromadzić, ile tylko się dało, aby ciało biskupa z rąk Prusów wykupić. A polem ruszono do miejsca, gdzie zginął Wojciech, chcąc zwłoki odzyskać lub odbić je siłą. Pod osłoną stu pancernych wojów Bolesława, którym przewodził komes Gniezna — Skarbimir, wieziono na wozie złote puchary, tace, pierścienie, kolczyki i bransolety. Było tego kilka worów. Prawdziwy skarb.

Prusowie tymczasem powiedli książęcy orszak do głównej siedziby swoich bogów, w pobliże miejsca, gdzie rósł święty dąb Romowe. Aż nad rzekę Pregołę. Kiedy naj­bardziej znamienici wysłannicy Bolesława stanęli przed głównym kapłanem Prusów, ten zuchwale zażądał tyle złota, ile ważyć będzie ciało Wojciecha.

Na rozległym polu, poza wałami grodu Prusów, ustawiono wielką wagę. Mnóstwo ludu się zebrało, aby przyglądać się wszystkiemu. Na jednej szali położono ostrożnie ciało umęczonego Wojciecha, a na drugą pancerni księcia Bolesława zaczęli składać złote naczynia i ozdoby. Ale waga ani drgnęła. Ciało Wojciecha wciąż było cięższe. Patrzy­li na to mnisi i woje Bolesława z rosnącym zdumieniem, a potem i przerażeniem. Kiedy wreszcie położono na szali ostatni puchar i ostatni kolczyk, okazało się, że złota cią­gle za mało.

— To jakieś czary! — zawołał komes Skarbimir.

— To moce szatańskie nie chcą nam wydać biskupa — odpowiedział jeden z mnichów, żegnając się z wielkim przestrachem.

Ale wtedy jakaś litościwa kobieta, która wdową była, a stała pośród gromady Prusów,


zbliżyła się nagle ku wadze. Najpierw przystanęła obok szali ze złotem i wyciągnęła rękę z monetą, ale zawahała się i szybko zmieniła zamiar. Podeszła do ciała biskupa, a potem wsunęła monetę w jego martwą dioń.

— To taki ich przesąd — powiedział cicho bogobojny Barnaba.

Bo zgodnie z pogańskim zwyczajem była to opłata za przewiezienie zmarłego przez rzekę, która dzieli świat żywych i zmarłych.

I oto nagle waga drgnęła, a potem szala ze złotem opadła ciężko w dół.

— Bogu niech będą dzięki! — zawołał wzruszonym głosem Gaudenty.

Po powrocie — z rozkazu Bolesława — pochowano Wojciecha w Trzemesznie, w tamtejszym klasztorze. Ale po dwóch latach polecił książę szczątki biskupa, który był już ogłoszony świętym, sprowadzić uroczyście do Gniezna, gdzie je pochowano z wielką czcią w kamiennym sarkofagu.

Dziesięć kosteczek świętego podarował Bolesław klasztorowi w Trzemesznie, a kość z ramienia Wojciecha przekazał samemu cesarzowi Ottonowi, który z kolei zawiózł ją do Rzymu.

Po latach koronował się Bolesław na pierwszego polskiego króla. Biskup Wojciech byl już wtedy czczonym powszechnie świętym męczennikiem i pierwszym patronem polskiego Kościoła. Tak oto spełnił się dawny sen Wojciecha o nim jako pasterzu wielkiej owczarni. A była to owczarnia, która swego patrona czciła i wielbiła.
https://www.youtube.com/watch?v=iOxzG3j ... ture=share

W życiu wszystko ma swoja cenę, musisz tylko rozważyć czy chcesz ją zapłacić.

Najważniejsze w życiu nie jest to,  co zdobędziesz,  ale to, w jaki sposób zdobywanie tego zmieniło i zbudowało ciebie.
Awatar użytkownika
Elie
Administrator
 
Posty: 31327
Rejestracja: 07 mar 2009, 03:00
Podziękował : 2149 razy
Otrzymał podziękowań: 2100 razy
Płeć: Kobieta
Znak zodiaku: Rak
Droga życia: 1

Wróć do Archiwum

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 0 gości